środa, 4 marca 2015

Stare i nowe - co czytamy? O czym piszemy?

Chodzę sobie po blogach książkowych, czytam wpisy, ogladam zdjęcia stosików. Wszystko to sprawia mi przyjemność, ale jest jedna rzecz, która trochę mnie smuci: czuję się nieco przytłoczona nowościami. Rzadko widzę, żeby ktoś sięgał po coś starszego (nie liczę tu najbardziej klasycznej klasyki, to się pojawia, choć często przy okazji nowych wydań). Prowadzi to do jeszcze jednego: ciagle trafiam na teksty o tych samych ksiażkach.

Nie zrozumcie mnie źle: nie mam nic przeciwko nowościom. Staram się śledzić, co ciekawego pojawi się niebawem na rynku, jest też dla mnie jasne, że ważna - albo dobrze rozreklamowana - nowość znajdzie wielu czytelników, którzy zechcą podzielić się wrażeniami. Jednocześnie kupuję mnóstwo książek w antykwariatach (nieraz za grosze!), wygrzebuję co bardziej zakurzone tomy w bibliotece czy domowej biblioteczce (jestem kolejnym pokoleniem czytaczy) - i mam z tego wielką radochę, bo trafiam nieraz na bardzo ciekawe lektury.

Zastanawiam się, jaki może być powód tej dysproporcji. Zapewne w jakimś stopniu wiąże się to z faktem, że wielu blogerów dostaje książki do recenzji. Świat blogów ksiażkowych, jak i każdy inny, nie jest też wolny od wpływu mody - to kolejny powód. Trochę to zjawisko nakręca się samo: trudno trafić na informacje o starszych ksiażkach, mało kto je poleca, z nowymi jest wręcz przeciwnie, zatem więcej osób po nie sięga, potem o nich pisze - i koło się zamyka. A czy jest w tym jeszcze coś głębszego? Czy nowsze ksiażki bardziej pasują do naszego świata? W końcu nie powstają w próżni. Jak myślicie?

Niezależnie jednak od - lepszych czy gorszych - powodów dominacji notek o nowych ksiażkach, cieszy mnie, kiedy widzę tekst o czymś starszym, mniej znanym. Cieszy mnie, że ktoś postarał się pokopać głębiej, poszukać czegoś innego. Chciałabym częściej widzieć zdjęcia ksiażek, które nie błyszczą nowością, czytać recenzje zapomnianych nieco pozycji - i inspirować się czyimiś odkryciami, które i mnie mogą do kolejnych odkryć doprowadzić. Ostatnio trochę poprawia sytuację moda na wyzwania czytelnicze, to miłe.

Nie chciałabym, żeby ktoś odczytał ten tekst jako atak na swój gust czytelniczy czy próbę zmuszania do czytania czegoś, co nie leży w zakresie jego zainteresowań. Jestem od tego jak najdalsza. Chciałam tylko rzucić temat do zastanowienia się i, być może, dyskusji.

3 komentarze:

  1. To jest tak w ogóle bardzo dobra uwaga. Wydaje mi się co prawda dość naturalne, że czytamy nowości, może nawet nie tyle dlatego, że opisy w nich zawarte są bliżej naszego świata, ile dlatego, że człowiek lubi być na bieżąco - ja tak mam z nagrodami literackimi, zwykle staram się chociaż wiedzieć, co dany pisarz napisał, a jak jeszcze mam jakąś jego książkę w domu nieprzeczytaną, to w ogóle miło. Tyle tylko, że w przypadku np. Nobla to wcale nie musi być nowość - najczęściej nie jest.

    Z doświadczenia powiem, że jako osoba mająca przez wiele lat niewielki dostęp do nowości, bardzo lubię starsze książki, takie wyciągane z najbardziej zakurzonych półek też, ale i takie, które nie są jakąś "kanoniczną" klasyką, ale mam poczucie, że miło by było je przeczytać. I jak odkrywam na jakimś blogu recenzję takiej powieści, to mnie to cieszy - że ktoś jeszcze ją przeczytał, że mogę o niej porozmawiać.

    Dlatego chyba najważniejszy jest balans - i nie popadanie w przesadę ani w jedną, ani w drugą stronę :-).

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiście, o ten balans właśnie chodzi. Rozumiem pewną przewagę nowości, sama zapewne, gdybym miała liczyć, czytam w ostatnim czasie więcej książek względnie nowych niż starych, ale czytając niektóre blogi mam wrażenie, że literatura zaczęła się po roku 2010.

    Ksiazki nie są automatycznie lepsze dlatego, że są stare (czy nowe), ale czasem do skarbów trzeba się dokopać, nie tylko zgarniać z wierzchu :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja się trochę dziwię tym czytającym w kółko największe hity, o których w tym samym czasie piszą dziesiątki innych blogerów, bo to jest jednak duże wyzwanie – napisać po swojemu, ale i tak, żeby się wyróżnić w tym tłumie. Też mi się oczywiście zdarza sięgać po takie książki, ale co się wtedy napocę, żeby uniknąć wtórności, żeby jednak ująć ten temat tak, jak nikt inny tego nie zrobił... Kiedy się sięga po niszową książkę, jest zupełnie inaczej – nie ma tej presji, można pisać co się chce i jak się chce, jest się prawie jak odkrywca na nieznanym jeszcze lądzie. A jaka radość, kiedy się kogoś uda do tej swojej perełki przekonać!

    OdpowiedzUsuń